Która tożsamość jest ważniejsza dla Polaka katolika? Oczywiście bycie chrześcijaninem wyprzedza bycie Polakiem. Bóg umarł za mnie i za nas z miłości, żeby uratować przed otchłanią śmierci – naturalnego następstwa każdego zła. Chrzest zanurza mnie w ludzkie ciało Boga. Żyję życiem dziecka Bożego, a kiedyś zobaczę Boga twarzą w twarz. Nie ma nic ważniejszego w życiu. A Polska nie jest wieczna. Bycie Polakiem to tylko sposób bycia chrześcijaninem. Dobry sposób. Można powiedzieć, że to taka duchowość. Jest duchowość franciszkańska, karmelitańska, jezuicka, salezjańska i jest też polska. Duchowość to pewien sposób naśladowania Chrystusa. Nie negując niczego z całości wiary, pewne elementy podkreśla bardziej, inne tylko przyjmuje do wiadomości. Franciszkanin widzi Boże piękno przyrody i ubóstwa, karmelita kontempluje Bożą miłość, salezjanin wie, że Bóg chce, żeby Mu przyprowadził ludzi młodych. Oczywiście karmelici też widzą piękno przyrody i składają ślub ubóstwa, franciszkanie z powodzeniem prowadzą młodych do Boga, a salezjanie nie są zwolnieni od kontemplacji. Ale „priorytet” widzą jakby gdzie indziej. My Polacy mamy swoją quasi duchowość. To coś trudno uchwytnego, ale realnego. Leszek Dokowicz opisał to w zdaniu, że kiedy jadąc z Berlina do Warszawy, przekroczył granicę Polski poczuł, że znalazł się na omodlonej ziemi.
Tak więc polskość to taka droga do Boga. Do wiecznego szczęścia. I choć Polska nie jest Mesjaszem – ani narodów, ani tym bardziej bezprzymiotnikowym, to Polacy są narodem wybranym przez Boga. I to nie jak każdy inny naród, ale w sposób wyjątkowy (jak zresztą każdy inny naród). Jest na to milion dowodów.
Dlatego dyskusja wywołana przez tekst Dariusza Karłowicza przechodzi obok istoty problemu. Koncentruje się na kwestii tak drugorzędnej jak skuteczność. Ludzka skuteczność. Chrześcijanin – każdy chrześcijanin, a więc także chrześcijanin Polak – nie musi być skuteczny. Musi być wierny. Chrześcijanin wie, że skuteczność daje Bóg i to w sposób daleki od logiki zerojedynkowej. Chrześcijanin wie, że działalność Jezusa nie zakończyła się sukcesem – Jego naród Go odrzucił. Miarą zwycięstwa Jezusa jest hańba śmierci na Krzyżu po niesprawiedliwym procesie, zdradzie, opuszczeniu. Jego zwycięstwem nie jest moc władzy, ale miłości. To Miłość, której nie udało się pokonać szatanowi zmartwychwstała. Wszystko inne książę tego świata pokonał. Dlatego Marek Jurek dobrze zrobił, kiedy skazał się na polityczny niebyt w obronie najważniejszego z zagrożonych praw człowieka, a Jarosław Kaczyński źle zrobił traktując je instrumentalnie. Kto wie czy Bóg nie powołał go na urząd premiera tylko w tym jednym celu, aby móc mu potem błogosławić? A ten nie przeszedł próby (wspominam o politykach, którzy przyznają się do chrześcijaństwa, bo wybory życiowe obecnie rządzących panów Komorowskiego i Tuska są nie do pogodzenia z deklarowanym katolicyzmem. I każdy ksiądz i biskup, który udziela im Komunii Świętej bierze na siebie straszliwą odpowiedzialność przed Bogiem).
Warunkiem tego, by Polska trwała i by jej trwanie miało historyczny sens jest wierność Chrystusowi. Jesteśmy z Bogiem w pakcie nieporównanie ważniejszym niż ze Stanami Zjednoczonymi. A w tym pakcie jest poszanowanie Jego praw. Izajasz przestrzegał zagrożonych Żydów: Jeśli się nie nawrócicie, nie ostoicie się. Dynamika relacji państwo – Bóg, którą znamy ze Starego Testamentu jest kluczowa, także dla zrozumienia trwania Polski i polskości. Żydzi są wolni i silni dopóki, są wierni Bogu. Kiedy go porzucają na rzecz bogów narodów ościennych, dostają się pod okupacje tychże narodów: najpierw najbliższych sąsiadów, potem wielkich mocarstw jak Asyria, Babilon, Grecja następców Aleksandra Macedońskiego, a w końcu Rzym. Ale kiedy w niewoli nawracają się, Bóg przywraca im wolność rękami sędziów, króla Persji Cyrusa, czy w wyniku powstania Machabejczyków.
Polak chrześcijanin może i powinien podobnie widzieć historię własnego kraju. Nie podzieliliśmy losu słowian bałtyckich, bo przyjęliśmy chrzest. Utraciliśmy niepodległość, bo nie wypełniliśmy zobowiązań Jana Kazimierza, a grzechy szlachty zwłaszcza te wobec kmieci wołały o pomstę do Nieba. Jest też inny aspekt Bożego wybrania: Bóg doświadcza tych, których miłuje. Inne narody nie były lepsze od nas. Na ogół gorsze, a przynajmniej to, co wyczyniali ich władcy. Ale nas dotykała historia ku przestrodze i w obronie przed czymś gorszym. Jaką Polskę mielibyśmy po ewentualnym zwycięstwie powstania Kościuszkowskiego czy wojen napoleońskich? Bo jej kształt nadawaliby niemal sami masoni (Kościuszko, książę Poniatowski, Lelewel, Wybicki, Kołłątaj, Staszic). Czy Bóg uznałby, że tacy Polacy nie są mu w ogóle potrzebni, więc podzielilibyśmy los Niemców i Rosjan? Bylibyśmy przez jakiś czas potężni na mapie Europy a może i świata, ale utracilibyśmy duszę. A z czasem wszystko inne. Tymczasemto w rozbiorowej niewoli nawróciliśmy się. Można dyskutować jak z Ziemkiewicz z Warzechą czy biali czy czerwoni byli winni klęsk powstań, ale jakie to ma znaczenie wobec cudu roku 1918 przecież większego od cudu nad Wisłą (i proszę nie wybrzydzać, że to nie był cud. Dla chrześcijanina nawet nowy poranek jest cudem przypominającym o zmartwychwstaniu, a co dopiero bitwa warszawska. Gdybyśmy wtedy przegrali wszyscy byliby zgodni, że tylko cud mógłby nas uratować przed państwem kilkanaście razy większym i liczniejszym od naszego). Poniosły porażkę konfederacja barska, powstanie kościuszkowskie, kampania napoleońska, powstania listopadowe, rok 1848, styczniowe i inne pomniejsze, po to by w jednym dniu 1918 r. wszyscy zaborcy ponieśli klęskę. Bóg dał nam niepodległość, bo wyraźnie ma co do nas jakieś plany. Tak jak dalej ma plan wobec swojego jedynego etnicznego narodu wybranego, bo trzeba być ślepym, żeby nie widzieć związku między holokaustem i odrodzeniem państwa Izrael po ponad tysiącu lat.
Chrześcijanin wie też, że ofiara z miłości nie idzie na marne. Nigdy. W 1939 dokonaliśmy jedynego sprawiedliwego wyboru (mniejsza o intencje Becka i pozostałych). Nie wolno było nam się sprzymierzyć z Niemcami ani Rosjanami, bo to było złe. Bylibyśmy współodpowiedzialni za holokaust (choć może odbył by się gdzie indziej). Podobnie myli się kto sądzi, że bezwzględne wieszanie zdrajców przyniosłoby nam coś lepszego i gdyby wybić więcej polskich komunistów w czasie okupacji, to sowieci nie mieliby czym wprowadzać komunizmu. Zemsta i niesprawiedliwość nie wprowadzają sprawiedliwości i pokoju. Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, ale nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia (Jan Paweł II). Za to Auschwitz, Katyń, Powstanie Warszawskie i żertwa smoleńska były męczeńską ofiarą krwi, która zbawia i rodzi. Sanguis martyrum, semen christianorum.
Dlatego patrzę w przyszłość z optymizmem. Czeka nas wielka przyszłość choć nie wiem, na ile ta wielkość będzie miała przełożenie na moc polityczną. Jeśli tak to będzie to dla nas ciężka próba. Polacy ze swoim kompleksem niższości z łatwością mogą zacząć wywyższać się nad innych i gnębić. Ci, którzy teraz nie potrafią dostrzec w polskości nic wielkiego, wtedy będą brać za wielkość własną pychę. Jak zawsze też wielkość będzie próbą wierności Bogu. To czas, gdy łatwo o Bogu się zapomina, by napawać się prestiżem, potęgą sukcesami. Więc znowu trzeba się będzie przygotować, że zacznie nas doświadczać. I będzie to znaczyło, że nie przestał kochać swoich polskojęzycznych dzieci.`


Taka tu na S24 rzadkość, by z ust osoby duchownej usłyszeć to co ksiądz napisał i jak napisał. Serdeczne Bóg zapłać.